środa, 4 marca 2015

Kakarotto vs Simcoe, czyli piwna teraźniejszość vs sentymentalne spojrzenie na stare kreskówki

Kakarotto vs Simcoe
Piwo w stylu American India Pale Ale, górnej fermentacji, niepasteryzowane, niefiltrowane.
Producent: Browar Bednary
Ekstrakt 14%, alk. 5,5% obj.
Skład: woda, słody, duża doza sentymentu, chmiele: Cascade i Simcoe, drożdże

W czasach gdy duża część z Was mówiła jeszcze na chleb "beb", a na muchy "tapty", istniały takie instytucje jak salony gier (nie, prawnie nikt nie miał konsol), 5-10-15 (nie, nie sklep z zabawkami dla korpomatek), bary mleczne (nie, nie można było opierdzielić kebsa za każdym rogiem) oraz angielskojęzyczne kanały z kreskówkami.

Właściwie jeden - Cartoon Network. Tak ten kanał, na którym teraz pojawiają się głównie mangookie, bazujące na sprzedaży zabawek i badaniach marketingowych dubbowane pseudokreskówki. W dawnych czasach można było jednak na CN obejrzeć Freda i Barneya, dwóch prehistorycznych kumpli, chowających się w kręgielni przed żonami, oryginalnego Scoobie Doo, który był genialnie, a zarazem prześmiesznie upiorny, czy Cow & Chicken (nie, nie Krowę i Kurczaka, ale do tego przejdziemy za chwilę), czyli jedną z najbardziej pojechanych kreskówek wszech czasów. Nie wspominając o Dexter's Laboratory, Johnym Bravo, Two Stupid Dogs, Saurai Jack'u czy w końcu Dragon Ball'u (głównie w wersji Z i później GT).


Nie, nie oglądaliście? A Kapitana Jastrzębia (popularnie zwanego Tsubasą) oglądaliście? To wyobraźcie sobie, że zamiast zawodnika biegnącego przez boisko w jedną stronę przez 5 odcinków, dwóch super napakowanych mistrzów sztuk walki, trenujących w grawitacji 10x większej od ziemskiej, gada przez dziesięć odcinków czemu w jedenastym wystrzela się po gębie. A teraz wyobraźcie sobie, że było to totalnie ZA JE BI... tak, aż tak świetne :)



Zakładam, że Rafał z Browaru Bednary oglądał Dragon Ball'a Z. Bo nie wyobrażam sobie, że inaczej wrzuciłby na etykietę głównego bohatera czyli Son Gokū (po saiyańsku nazywającego się właśnie Kakarotto). I to w wersji nieżywej. Widzicie tą aureolę wokół VS na etykiecie? Tak, [SPOILER ALERT] Gokū ginie w pojedynku z Cell'em i udaje się w zaświaty... żeby nadal trenować. A Ty sądzisz, że zakwasy po jednej wizycie na siłce to znak żeby zluzować? Ok, to tyle jeżeli chodzi o tło piwa. A jak samo piwo?

Ok, dla mnie trochę za bardzo karmelowe, za mało aromatu jak na AIPA, ale przyznam, że niezła piana. Wpadliście tutaj na recenzję? Jakoś się nie złożyło, sentyment przeważył. Tak to jest na starość.


Wracając do starych czasów - czy dzisiaj jest gorzej? Nie, jest lepiej, pod wieloma względami - internet mamy pod ręką i nie kosztuje kroci, przez co mamy prawdopodobnie dostęp do największej wiedzy jaką kiedykolwiek ludzkość widziała. Piwna rewolucja hula w rozmiarach o jakich kilka lat temu można było pomarzyć. Żyjemy w wolnym kraju (tak, wiem, podobno nie) i możemy (teoretycznie) robić co nam się żywnie podoba (oprócz np. napicia się piwa kulturalnie w parku na ławeczce).

Jedno mnie niestety wkurza jeżeli chodzi o posiadanie wiedzy i wolność - powszechna mania tłumaczenia i dubbingu wszystkiego. Kiedyś, jeżeli chciałem obejrzeć... no np. Dragon Ball'a to oglądałem w wersji ENG (bez napisów!) i mocno się musiałem nagłowić, żeby wyciągnąć z kontekstu o co chodzi bohaterom. Czy rozumiałem wszystko? Pewnie, że nie, ale nauczyłem się przez to cholernie dużo. A ułatwianie sobie życie kosztem oryginału wkurza mnie do tego stopnia, że mając ostatnio bilety na Hobbita, wszedłem, zobaczyłem, że jest to wersja z dubbingiem i wyszedłem. No tak głupio się złożyło, że miałem bilety na wersję z dubbingiem. Właściwie to głupio, że miałem bilety na Hobbita.

Dzisiaj tłumaczenie wszystkiego na nasze prowadzi do takich kwiatków jak wilkory w polskim tłumaczeniu Game o Thrones, czy Żmijowe Bękarcice (tak, też z GoT'a). Czy w przeszłości Szklana Pułapka (gdzie szkło skończyło się w pierwszej części). Czy Wirujący Sex. Poza tym jest wiele odniesień, których nie sposób idealnie przetłumaczyć z języka oryginalnego. Również, do furii doprowadzają mnie stwierdzenia w stylu X-Meni, czyli polska liczba mnoga od liczby mnogiej X-Men. Nosz k***, albo X-Men albo X-Mani. Czy nie mówiłem kiedyś Turtlesy, albo Transformersy. Tak, mówiłem, ale człowiek uczy się całe życie. Nauczyłem się, więc może mnie to teraz wkurzać ;)

Także jeżeli nie doszliście jeszcze sami do pointy (nie, nie Pinty) wywodu... pijcie dobre piwo i uczcie się języków. Bo w przeciwnym razie może Was kiedyś spotkać przypadkiem nieprzyjemna sytuacja.




P.S. I jeżeli o mnie chodzi, Gokū nie zasługuje na etykietę piwa ;) Because he's a dick to beer!

wtorek, 17 lutego 2015

Grodziskie Pale Ale "Why me Admiral?" - domowe piwo [warka G012]

Jestem wielkim fanem grodziskiego, jak również wszelkich innych wędzonek. W początkach swojej przygody z piwowarstwem domowym zakupiłem z Twojego Browaru zestaw surowców do przygotowania grodziskiego, ale zapomniałem zamówić do niego odpowiednich drożdży. Miałem też wtedy na świeżo w pamięci Rhino z Widawy, czyli kombinację wędzonki z amerykańskim chmielem. I tak pojawił się pomysł zrobienia lekkiej hybrydy grodziskiego z egzotycznymi chmielami (miałem akurat nowozelandzkie w lodówce) na US-05. Efekt był na tyle udany, że niedawno powtórzyłem Grodziskie Pale Ale z użyciem tego co akurat w lodówce z chmieli zostało - angielskiego Admirala i nowozelandzkiego Waimea.

Zasyp:
- Słód Wędzony 1,3kg
- Słód Wędzony Bukiem 1kg
- Słód Pszeniczny 0,8kg
- Słód Pilzneński 0,4kg

Przy zasypie stosuję standardowy zestaw do Grodziskiego z Twojbrowar.pl z dodatkiem kilograma słodu wędzonego bukiem (dla podbicia ekstraktu do 10-11°Blg).

Zacieranie:
- słody do wody 66°C
- przerwa maltozowa (64°C) - 40 min
- przerwa dekstrynująca (72°C) - 30 min
- mashout (78 st C) - 10 min

Po przefiltrowaniu gęstość na poziomie 9°Blg.

Chmielenie:
Gotowane 80 minut:
- 45 minut do końca 10 g Admiral'a 5 g Waimea
- 20 minut do końca 5 g Admiral'a 10 g Waimea
- 15 minut do końca 10 g Waimea
- 10 minut do końca 10g Waimea
- 5 minut do końca 15g Waimea

Ekstrakt po chmieleniu: około 11°Blg.

Fermentacja:
Drożdże US-05 zadane w 24°C. Później: 19-20°C przez 4 tygodnie. Tej warki akurat nie zlewałem na cichą, bo akurat byłem we Francji (a samo się cholera nie chciało zlać), ale poprzednia wersja dostała na cichacza około 50g Waimea.

Butelkowanie przy użyciu cukru: pół łyżeczki do herbaty na 0,5l.


Efekt
Piwo wyszło dość klarowne, jak na brak jakichkolwiek dodatkowych zabiegów klarujących (karuków, żelatyn itp.). Jaśniejsze niż na zdjęciu, w kolorze dobrego pilsa za 3zł ;) Z piany jestem bardzo zadowolony, dość drobny i średni pęcherzyk, a dzięki odpowiednio wysokiemu wysyceniu utrzymuje się solidną czapą do końca picia.

W zapachu... najprościej można to podsumować jak oscypek z lekką żurawiną. Dymne nuty ze słodów wędzonych są bardziej wyraźne niż w normalnym Grodziskim, a dodatek Waimea'i daje wędzonce urozmaiconą kontrę. Obecna warka jest mniej owocowa niż poprzednia chmielona na zimno, ale i tak jest ciekawie i nietypowo. W smaku lekkie, bardzo pijalne, goryczka to połączenie ziołowości Admiral'a z lekkimi czerwonymi owocami z Nowej Zelandii. Zdecydowanie piwo na lato.

Jeżeli lubicie wędzonki i szukacie czegoś nietypowego do zrobienia w domu, to hybrydę grodziskiego z owocowymi chmielami mogę zdecydowanie polecić. Ja na pewno będę powtarzał, surowce już zamówione.

wtorek, 27 stycznia 2015

Hopus Pokus czyli czarna magia od czarodziejów z Pinty

Hopus Pokus
Piwo w stylu Black IPA / Cascadian Dark Ale, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Producent: Pinta
Ekstrakt 16,5%, alk. 6,3% obj., IBU 66 (czyli jednak czarna magia ;))
Cena: 6,90 zł (Piwne Rozmaitości)
Skład: woda, słody: Weyermann® pale ale, monachijski typ II, Caramunich® Typ II, Carapils®, Caraamber®, Carafa® Special Typ II; chmiele: Magnum (PL), Simcoe® (USA), Chinook (USA), Cascade (USA); drożdże Fermentis Safale US-05.

Dawno żadnej nowości Pintowej u nas nie było, także nadrabiamy niedopatrzenie ich nową czarującą propozycją. Może trudno w to uwierzyć, ale tacy rewolucjoniści jak Pinta nie mieli dotąd w swoim portfolio zwykłego Black IPA (lub jak kto woli CDA). Mieli co prawda Żytorillo, ale prostego, zwykłego, bez udziwnionych dodatków BIPA na razie się nie dorobili.

Trzeba przyznać, że etykieta w Pintowym stylu, bez fajerwerków, ale dobrze dobrana: czerń piwa i zieleń chmielu oraz fajny smaczek w postaci częściowo znikającego logo Pinty. W składzie zaskakująco obok amerykańskich chmieli, na goryczkę (a być może i na aromat) zastosowano polskie Magnum.


Jak możecie zobaczyć, po nalaniu piana robi się praktycznie betonowa i w ogóle nie chce opaść. Dolewane na kilka razy, inaczej mielibyście na zdjęciu pół szkła piany. Drobny pęcherzyk, trzyma się elegancko i zdecydowanie ciężko wymóc na niej sztuczkę ze znikaniem. Chyba, że wyjecie łyżką. Gdy już mogłem powąchać piwo porządnie, bez dorabiania sobie dodatkowych wąsów i brwi w kolorze cappuccino, w mój nos buchnęła mieszanka żywicy i cytrusów z delikatną kawą i gorzką czekoladą. Zdecydowanie dominują tutaj cytrusy i cały 'blackness' wychodzi tuta dopiero po lekkim ogrzaniu.

To samo w smaku - piwo jest bardzo IPAowe, czuć głównie cytrusy i żywicę, z lekką podbudową słodów. Dopiero na końcu dołączają lekko palone akcenty. Gdyby dali mi do wypicia z zamkniętymi oczami, nie wiem, czy bym powiedział, że jest ciemne. Czyli tak jak w Cascadian Dark Ale powinno być, w przeciwieństwie do American Stoutu. Całość jest wybitnie pijalna i tutaj sztuczka ze znikaniem zdecydowanie Pincie się udała - w mgnieniu oka w szkle nie ma już prawie nic.

Ocena: 4,5/5

Nowe piwo Pinty oczarowało mnie. Czy jest idealne? Nie. Czy jest się w takim razie do czegoś przyczepić? Też nie. Znakomite, świetnie pijalne piwo. Potwierdza formę Pinty, gdy niektórzy, nawet zasłużeni kraftowcy, kuleją ostatnio ze swoimi piwami. A i plus za udane użycie w składzie polskiego Magnum. Brawo! I czekam na następną warkę z jeszcze bardziej kopiącymi zaklęciami.

piątek, 16 stycznia 2015

Nosferatu na Sunset BLVD w Metropolis - przegląd piw z Browaru Raduga

W 2014 premiera goniła premierę, zanim się człowiek obejrzał narobiło się zaległości co nie miara (strach się bać co będzie w tym roku). Jedenastego grudnia premierę miało nowe piwo z browaru Raduga, czyli Sunset BLVD, a że miałem jeszcze w lodówce niewypitego Nosferatu i nieopublikowany materiał do Metropolis, postanowiłem w końcu ogarnąć dupsko i słowo o Radudze skrobnąć.

Browar Raduga to przede wszystkim dwóch piwowarów domowych z Warszawy: Rafał Gawryś i Andrzej Kiryziuk. Panowie, jeżeli wierzyć legendzie, zaczynali warzenie w domu, w piwnicy, w łazience (czyli nie mają łazienki w domu?), wannie (skoro nie ma łazienki, pewnie wanny w domu też nie mają), a nawet Saabie 900! Osobiście wolę 40 litrowy garnek, ale może w Saabie też się dobrze zaciera. Szło im dobrze, powygrywali kilka konkursów i postanowili w końcu wypuścić swoje dla piwa szerszej publiczności.

Browar Raduga to też zamiłowanie do starego kina - wszystkie etykiety nawiązują do klasyków kinematografii w mocno międzywojennym stylu. Osobiście kojarzą mi się z designem plakatów, które można było znaleźć na ścianach Rapture w Bioshock'u. Na razie może nie powalają projektami, ale ma to wspólny klimat i broni się nieźle.

Śmiem twierdzić, że etykiety wyglądają lepiej niż oryginalne plakaty ;)
Nazwę browar dzieli z radzieckim odpowiednika rakiety Tomahawk, czyli pociskiem manewrującym Raduga Ch-55. Podobno bardziej spodobała się twórcom sama nazwa, jako taka, niż są fanami rakiet do przenoszenia głowic jądrowych. Po rosyjsku znaczy "tęcza", ale niespecjalnie chętnie bym zobaczył takie Tęcze nad Polską. Swoją drogą ciekawe, czy nie ma tutaj jakiś ukrytych deklaracji - dwóch chłopów, Warszawa, tęcza... Przypadek? Mam taką nadzieję ;)


Browar Raduga to w końcu Witnica. Na razie kontraktowcy nie planują przenosin, chyba, że będą szukali dodatkowych mocy przerobowych, gdy piwo zacznie znikać z półek. Wypust jednej warki to 83 hektolitry, także aż tak szybko w sklepach nie zabraknie. I faktycznie, piwa są nieźle dostępne, po premierze dość szybko w Łodzi się pojawiają. A skoro już o piwach mowa...

Metropolis
Piwo w stylu American India Pale Ale, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Ekstrakt 14,2%, alk. 5,7% obj., IBU 60
Cena: 7,40 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda, słody: jęczmienny i pszeniczny, chmiele: Citra, Cascade, Tomahawk (czyli jednak odpowiedź na rakietę), Amarillo, Simcoe; drożdże Safale US-05.


Muszę przyznać, że akurat pierwsze piwo z Radugi jakoś w ogóle mnie nie zachwyciło. Aromat był słaby, trochę cytrusów, trochę mango, a wszystko okraszone niestety lekkim masełkiem. W smaku już było lepiej, goryczka solidna, nawet odrobinę ściągająca, podbudowa przyzwoita, natomiast nic zapadającego w pamięć. Do tego bardzo duże zmętnienie, którego tutaj nie powinno być. Pije się spoko, ale jak na debiut, Metropolis nie było czymś, co zachęcałoby mnie do czekania na następne piwa.

Ocena: 3/5

Nosferatu
Piwo w stylu Black India Pale Ale (lub Cascadian Dark Ale jak kto woli), górnej fermentacji, pasteryzowane.
Ekstrakt 14,1%, alk. 5,7% obj., IBU 60
Cena: 7,40 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda; słody: jęczmienny i pszeniczny; chmiele: Citra, Mosaic, Centennial, Simcoe, Magnum; drożdże Safale US-05.


Księcia Ciemności, w przeciwieństwie do swojego kinowego pierwowzoru, klasykiem gatunku niestety też nazwać nie można. Piana jakkolwiek bujna przy nalewaniu, po kilku chwilach przypomina już niestety fryzurę Maxa Schrecka w filmie, czyli nie zostaje z niej prawie nic. W aromacie jest wyczuwalna żywica i owocowość pomieszana z gorzką czekoladą i kawą, pokryta warstwą lekkiego masełka. W smaku mocno palone i kwaskowe od ciemnych słodów (bardziej jak American Stout), ale ma za mało ciała i jest dość wodniste. Goryczka odpowiednia, grapefruit z palonymi akcentami. Całość nie zapada jednak w pamięć, ma potencjał, ale trzeba by tego krwiopijcę jeszcze wziąć na warsztat.

Ocena: 3,75/5

Sunset BLVD
Piwo w stylu Rye India Red Ale, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Ekstrakt 16%, alk. 6,5% obj., IBU 70
Cena: 7,60 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda; słody: jęczmienny, żytni, pszeniczny; chmiele: Amarillo, Mosaic, Citra, Simcoe; drożdże Safale US-05.


Gdy udało mi się trochę info od chłopaków przy okazji premiery Metropolis wyciągnąć, Rafał wspominał, że ich konikiem są piwa żytnie. Także do Sunset BLVD podszedłem z tym większym optymizmem. I muszę przyznać, że najnowsze piwo Radugi jest ich zdecydowanie najlepszym dziełem. Betonowa piana (jak to na życie), solidny aromat grapefruita i owoców tropikalnych mieszających się z odrobiną żytniej ostrości, karmelem ze słodów i żywicą chmielu w tle. W smaku... od razu mi się narzuciło, że piję Atak Chmielu. Piwo smakuje zaskakująco podobnie, jest za to bardziej gładkie i brakuje w nim obezwładniającej goryczki. Ale gdybym pił z zamkniętymi oczami, spokojnie mógłbym się pomylić. Co zdecydowanie zaliczam jako komplement. Na mój gust jak jest za mało żytnie, ale nadal to świetnie pijalne i smaczne piwo.

Ocena: 4,25/5

Na początku było słabiutko i jakoś nie wróżyłem Radudze świetlanej przyszłości. Widać natomiast, że piwowarzy uczą się na swoich błędach i wypuszczają coraz lepsze piwa. Także z niecierpliwością czekam na kolejny piwny klasyk kinematografii. Może by tak jakiś Potwór z Czarnej Laguny albo Czarnoksiężnik z Oz?

piątek, 9 stycznia 2015

Święta, święta... i po świętach - poświąteczny przegląd piw świątecznych.

Nie jesteśmy u nas na blogu wielkimi fanami piw typowo świątecznych. Ulepek i przyprawy do piernika, czyli wyciąganie przez większość browarów kasy ze świątecznej atmosfery ani nie jest specjalnie świąteczne ani bardzo kraftowe. Natomiast niektóre browary nie idą na łatwiznę i wypuszczają coś oryginalnego lub niespecjalnie ulepkowo-piernikowego. Będzie o jednych i drugich ;)

Oj nie chciało się pisać w takich warunkach ;)
Co zrobić, spóźniliśmy się z materiałem jak jasna cholera. Akurat przed Świętami trzeba było wszystko ogarnąć przed urlopem, a na urlopie specjalnie się pisać nie chciało ;) Ale pojawiło się dość dużo ciekawych lub niespodziewanie standardowych (jak na niektóre browary) piw żeby to przemilczeć. Poza tym już obrobiliśmy fotki...

Xmas Rye (Doctor Brew)

Doctor Brew to zdecydowanie dla mnie debiut tego roku. Przechmielone piwa, nuda amerykańskiego chmielu razu n-ty, cały czas to samo i jeszcze promowani przez Kopyra. Ale szczerze? Chciałbym zobaczyć taki poziom "komercjalizacji" i "nudy" u większości kraftowców. Mnie na prawdę nie rajcuje spieprzenie piwa i bronienie się "niepowtarzalnością piwa rzemieślniczego".

Piwo świąteczne, niby żytnie, ale podszedłem ostrożnie. I o słodki Rudolfie, czerwono-nosy reniferze, prawie mnie ono zabiło. Nie było słodkie, to muszę przyznać, ale imbirowo-piernikowa przyprawowość była na poziomie Karawany z Bombaju od Olbrachta. Zamiast przechmielania, tym razem Doctorzy postanowili przedawkować inne składniki. Zabójca i potwór w wersji ciasteczkowej.


Zimowe (Browar Księży Młyn)

O samym browarze, chociaż działają już od września, a ja pracuję 10 minut od nich, tekst nadal leży rozgrzebany (cholerna Fifa Ultimate Team!). Ale piwo Zimowe z browaru Księży Młyn załapało się do zestawienia z racji tej jakże pięknej i śnieżnej okazji (zależy gdzie spędzaliście święta, u mnie było tak z pół metra śniegu).

Pachnie świątecznie, są to raczej goździki i skórka pomarańczowa, a nie pierniki (czy wiatraki, chociaż to nie ma nic wspólnego). Także świąteczność w tym piwie na akceptowalnym dla mnie poziomie. Najważniejsze, że daje się przyjemnie wypić, nie zapycha i nie jest ciasteczkowym potworem.


Saint No More 2013 (AleBrowar)

W zeszłym roku było to piwo genialne. Jeżeli pamiętacie, to ludzie wręcz błagali, żeby AleBrowar wprowadził single hopa na Simcoe pod inną nazwą do ogólnej, całorocznej dystrybucji. Swoją drogą nie mam pojęcia skąd Piwne Rozmaitości dorwały piwo z zeszłorocznym wzorem - z tego co widziałem na fejsbuniach wszędzie była srebrna wersja, wzór 2014. No ale cóż, może do Łodzi wysłał AleBrowar po taniości z etykietami, które zostały z zeszłego roku.

I jak? Niestety geniusz z nieMikołaja 2013 uszedł. Piwo nadal jest ok, ale do średniości tego piwa (mogliby sypnąć trochę więcej chmielu na aromat jednak) dochodzi, już do znudzenia powtarzająca się w kolejnych warkach AleBrowaru, landryna i (pulsująca) truskawa. I nie mówcie mi, że się od grudnia 2013 w końcu przepiłem IPAmi, coś tu się dzieje nie tak jak powinno.


Jurajskie Świąteczne (Browar na Jurze)

Browar na Jurze coraz śmielej poczyna sobie w piwach niePintowych. Świetna amerykańska pszenica, niezły łosiowy ale z mieszanką chmieli naszych i ichnich (tych zza wielkiej wody) chmieli. Także widać, że współpraca z kraftowcami skutkuje coraz odważniejszym odchodzeniem od "regionalnych jasnych pełnych".

Jurajskie Świąteczne akurat pamiętam jako zaskoczenie zeszłorocznych świąt. I w tym roku jest to kolejny raz świetne piwo. Czekolada aż paruje ze szkła! A z drugiej strony piwo jest niezapychające, oraz jak na takie dziwadło zaskakująco mocno pijalne. Do tego świetna etykieta w reniferowy sweterek. Można by zaryzykować stwierdzenie, że jak dla mnie, jest to Boże Narodzenie w płynie. Na minus szybko znikająca piana, ale podejrzewam, że przy takiej ilości kakao nie dało się nic z tym specjalnie zrobić.


Saint No More 2014 (AleBrowar)

Podtrzymując świecką tradycję z zeszłego roku, AleBrowar postanowił nas w 2014 uraczyć nowym Saint No More'em, tym razem we współpracy z piwowarem z rzemieślniczego Bryggerhuset Veholt, Janem Halvor Fjeld. Opracował on dla AleBrowarowców recepturę tego czarnego nieMikołaja i (jakżeby inaczej) wpadł również na warzenie.

I trzeba przyznać wyszło świetne piwo. Intensywne połączenie paloności amerykańskich chmieli z gorzką czekoladą robi świetną robotę. Piana tak obfita, że można by ją jeść łyżką jako deser. Do tego solidna cytrusowo-żywiczna goryczka z gorzką czekoladą w tle. Co tu dużo mówić - genialne piwo, kolejny raz szkoda, że mocno reglamentowane i praktycznie już nie do dostania (chyba, że w skandalicznie drogich zestawach pudełkowych). Mało świąteczne - ale tego osobiście nie mogę policzyć mu na minus ;]


sobota, 6 grudnia 2014

W poszukiwaniu Grand Championa 2014, czyli Rubasznego Krasnoluda epicki quest dubbelowy

Jak co wieczór siedząc w swojej ulubionej karczmie na 6 Sierpnia w Łodzi i sącząc z rogu dolidną dawkę spirytusu, Rubaszny Krasnolud, zasłyszał rozmowę pewnych podpitych dwóch jegomościów. Gadali o jakiejś premierze piwnej czy czymś takim. Zaciekawiony, że piwo może mieć w ogóle premierę ("Przecież piwo jest ciągle...") przysiadł się do tych wątłych lebieg i zapytał o co chodzi.

Okazało się, że te wątłe kreatury to blogerzy piwni i próbują dojść do tego, jak ów mistyczny artefakt, nazywany przez nich również "Grand Championem 2014" lub "Cieszyńskim Dubblem od Czesława" (podobno jakiś półbóg warzący ten trunek) zdobyć jeszcze zanim pojawi się w karczmach znienawidzonej przez wszystkich Warki. Będąc już, jako przystało na nieodrodnego syna krasnoludzkiej rasy, napruty jak pewien model nazistowskiego myśliwca, z entuzjazmem postanowił misji się podjąć ("Ja, k**wa Wasza mać, piwa nie znajdę?! To paczcie!"). Wytoczywszy się z karczmy, oddalił się w stronę jednego z miejsc, w których ów napój (pół)bogów mógł się znajdować.



Krasnolud przemierzał spustoszoną przez wiedźmę Hannę krainę, minął kopane przez jej niewolników w środku krainy wąwozy i próbował znaleźć jeden z przybytków nazywanych przez blogerów, z języka Albionu, TESCOŚ. W nich, jak mówiła legenda, trunek miał się pojawić przed czasem, za sprawą niekompetentnych pracowników. Nikt jednak nie dał dupy, jak rok temu, i napój (pół)bogów nie znalazł się przed ową "premierą" na półkach molocha. Zniechęcony poszukiwaniami Rubaszny Krasnolud postanowił wstrzymać się do owego sądnego dnia, gdy napój miał zostać udostępniony ludowi całej krainy.

Gdy nastał ten dzień, Krasnolud ponownie wyruszył na poszukiwania. Ale znów nie mógł rzeczonego mistycznego trunku znaleźć. Gdy nagle, spotkawszy grupkę przerażonych wieśniaków, zasłyszał, że pustoszące w zmowie z wiedźmą Hanną okolicę smoki, weszły w posiadanie mistycznego Grand Championa! Nie wahając się ani chwili, udał się więc na miejsce wskazane przez wioskowe ciury.



Dotarł do celu i zobaczył... faktycznie, był tam trunek ów mistyczny! Ale zaciekle broniło go aż sześć smoków. Przebiegły Krasnolud próbował z nimi negocjować, ale pozostałe mu srebro i złoto nie zadowoliły zachłannych gadów.
























Z pieśnią wojenną na ustach ("Oooooo wy pazery zajeb*ne!"), chwycił więc swój wierny topór i rzucił się na zachłanne gady!


Po boju tak epickim, że nie mnie, marnemu kronikarzynie to opisywać, Rubaszny Krasnolud rozniósł bez problemu wszystkie sześć bestii i zdobył upragniony artefakt. Wieść niesie, że ich ogień (zwany również Dragon Fire) wyczerpał się gdzieś w okolicy Poznańskich Targów Piwnych, stąd tak znaczna przewaga Krasnoluda.



Przeszukując okolice leża potworów (z ujemnym modyfikatorem wynikającym z kilkutygodniowych libacji) natknął się również na dedykowane do owego napoju szkło. Zachłanne gady prawdopodobnie planowały je sprzedać ze znacznym zyskiem na najbliższej giełdzie birofiliów w położonym nieopodal zamku. Ucieszony tym znaleziskiem, postanowił przekazać (oczywiście za sowitą opłatą) Cieszyńskiego Dubbla blogerom.

Ci, jak to blogerzy, marudzili, że to już przecież dzień premiery, że co to za ekskluziw, ale widząc chciwy błysk w ich oku, krasnolud zaśpiewał cenę odpowiednio wysoką. I miał rację, łyknęli Grand Championa jak głodny smok barana wypchanego siarką.



I zaczęli wąchać, smakować, zdjęcia robić. Że taki świetny, że śliwkami suszonymi pachnie, że nie zapycha, że na tak mocne piwo alkoholu nie czuć, a może by jeszcze następne butelki poleżakować...

Zniesmaczony tym skandalicznym obchodzeniem się z alkoholem Krasnolud, zabrał swoją sakiewkę i oddalił się w stronę najbliższego przybytku uciech. A tam ciężko zarobione złote korony, jak to Krasnolud, postanowił czym prędzej rozpuścić grając w kości, pijąc wódę i poklepując krągłe karczemne ździry po tyłeczkach.




KONIEC

czwartek, 4 grudnia 2014

Żywiec APA, czyli (nie aż tak) odważny krok koncernu

Żywiec APA
Piwo w stylu American Pale Ale, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Producent: Grupa Żywiec
Ekstrakt 12,5%, alk. 5,4% obj., IBU 42
Cena: 4,60 - 5,80 zł (mają rozstrzał sk... :) )
Skład: woda, słody: jęczmienny (czyli pewnie pilzneński albo pale ale), monachijski, pszeniczny, karmelowy; chmiele: Chinook, Citra, Amarillo, Magnum, Centenial; i zakładam, że drożdży też musieli użyć, ale nie są wymienione ;)

Kasa z wprowadzonych nowych wariantów, smaków, gatunków Żywca najwyraźniej się zgadza, skoro Grupa Żywiec postanowiła zrobić kolejny krok. Po nieoficjalnych testach wersji lanej, do butelek trafiło niedawno Żywiec APA! Tak, to nic innego jak pierwsze koncernowe American Pale Ale w Polsce.

Toż to rewolucja, kontrrewolucja, plagi egipskie, podszywanie się pod kraft, odcinanie kuponów od kraftu przez koncerny, otwieranie oczy harnasiowym Januszom, promowanie nowych stylów piwa, odważny krok, krok za późno, krok w bok. I w zasadzie jak tylko chcecie to nazwać. Jak dla mnie, ani to rewolucja, ani zaskoczenie.

Można było się spodziewać, że jeżeli z nowych wariantów w głosowaniu konsumenci wybrali będące najbardziej jakieś Żywiec Białe (jak dla mnie był to wybór najmniejszego zła), to są otwarci na nowe smaki. Nie bez znaczenia była pewnie dobra sprzedaż zeszłorocznego Grand Championa czyli Imperial IPA od Czesława "dominatora konkursów piw domowych" Dziełaka. Piwo mocno (jak na koncerniaka) goryczkowe i pachnące czymś innym niż mokrym kartonem (to nie tak pachnie, ten no, chmiel co to z niego robią piwo?) sprzedało się, nie zalegało na półkach i jeszcze je ludzie chwalili.

Do wyciągnięcia z tego wniosków nie trzeba było być specjalnie geniuszem marketingu, tylko mieć w miarę sprawnie działające receptory wzroku i słuchu. Patrząc na to, co wyrabiają nawet browary regionalne, chociażby Podróże Kormorana, czy Ciechan Grand Prix/Lwówek Jankes, wiadomo było, że piwo inne niż koźlak lub marcowe się sprzeda w większe ilości i można na nim zarobić. Ale koncerny rządzą się swoimi prawami - cykl wprowadzania produktów też jest dużo dłuższy, poparty wróżeniem, sesjami brejnstormowymi,  składaniem ofiar całopalnych, badaniami opinii publicznej i innymi niezwykle potrzebnymi procesami i procedurami. A na koniec dopóki prezes nie zobaczy słupków przebijających sufit swojego gabinetu, to o odważnym kroku można pomarzyć ;) Najwyraźniej zysk był taki, że oprócz sufitu prezesa, słupki przebiły jeszcze kilka wyższych pięter. Tak zapewne kolejny "bardziej odważny" produkt dostał zielone światło na realizację.

Żywiec APA, popularnie już zwany ŻAPĄ, to dość mocne ujęcie stylu. Deklarowane IBU mieści się w górnych granicach, alkohol mniej więcej w połowie. Czuję, że chciano pójść w stronę IPA, ale przystopowano nieco zapędy co bardziej rewolucyjnych członków zespołu projektowego. Prawdopodobnie żeby nie zabić wspomnianego już wyżej harnasiowego Janusza, który przypadkiem mógłby się tego piwa napić ("Uuuoooo nowy Żywczyk... O kur** co to jest?!").



A jak to koncernowe zło wcielone wpada w konfrontacji? Kolor jasno bursztynowy, piwo lekko opalizujące. Oczywiście nie omieszkali wspomnieć na krawatce, że zmętnienie jest naturalną cechą piwa (z pozdrowieniami dla kochającego lagerowy kryształ Janusza ;) ). Piana opada szybko, ale nawet coś tam na szkle krążkuje. Odrobinę zapachu żywiczno-cytrusowego jest, razem z lekkim kartonem (ale ja czuję karton wszędzie). Goryczka raczej ziołowa niż cytrusowa, przyzwoicie skontrowana ciałem, po chwili lekko ściągająca, ale zasadniczo wszystko na swoim miejscu. Wstydu na prawdę nie ma!

Ocena: 3,25/5

Jak na koncreniaka, jest dostatecznie, trzy z małym plusem. Człowieka z alfakwasami zamiast krwi na pewno na kolana nie powali ("chyba że osiem, hehehe", przyp. Janusza), ale jest to obecnie najbardziej przyzwoite piwo obok Żywca Portera, Pilsnera Urquella i Paulanera, którego z wielkiej trójki można się napić. Mam więc nadzieję, że poprawią jeszcze jego dystrybucję (obecnie jest dostępne mocno nigdzie), bo na pewno będzie to świetna opcja, jeżeli trafimy na piwną, harnasiowo-żubrowo-tatrową pustynię.

 
Blog jest wyłącznie dla osób pełnoletnich. Czy masz skończone 18 lat?

TAK NIE
Oceń blog